Thursday, April 5, 2018

Dzień 7

Rodeiro - Penerbosa - Eirexe - Ponte Pedroso - Palmaz - Lalin - A Laxe




Zanim wyruszę, miła pani w hotelu nalega bym koniecznie wypił jeszcze jedną kawę. Nie odmawiam i napompowany kofeiną pełen wigoru w dobry tempie rozpoczynam marsz. Po kilku kilometrach asfaltową drogą schodzę na bezdroża. Ścieżka wiedzie pomiędzy szerokimi polami i lasami. Ten idylliczny pejzaż rozmywa się, kiedy zaczyna zacinać siarczysty deszcz.

Do pokonania jest rzeka, która wylała się poza swoje koryto. Ominięcie przeszkody wymaga strategicznego zaplanowania każdego kroku, gdyż rozlewisko jest naprawdę rozległe. Tempo pozostaje dobre, jednak nieustający deszcz powoduje, że jestem na wskroś przemoczony. Wyjątkowo paskudna pogoda. 

Po południu przejaśnia się na chwilę, ale wiatr nie odpuszcza. Docieram do dużej miejscowości Lalin. Przejście przez jej centrum, a następnie spory obszar przemysłowy, zajmuje mi przynajmniej 2 godziny.

W końcu docieram do A Laxe, gdzie w barze zjadam bułkę z chorizo i uzupełniam wodę. Docieram do albergue, które jest dużo bardziej surowe i mniej cywilizowane niż to w którym nocowałem w Chantada. Spotykam poznaną wcześniej parę Hiszpanów z Barcelony. Jest też jakaś Niemka, która idzie szlakiem Via de la Plata. W budynku wszystko przecieka i poustawiane są w rozmaitych miejscach kubły, butelki i tym podobne akcesoria by zbierać kapiące krople. Porozstawiane są też stalowe podpory, które sugerują, że nie wszystko jest w porządku ze strukturą budynku.

Hiszpan zdradza mi sekret wina. Na trasie Camino de Madrid w rejonie Prente Dvero produkowane jest podobno najlepsze hiszpańskie wino marki Vega Sialia. Na świecie osiąga ono zawrotne ceny €100 za butelkę. Jednak z tych samych winiarni sprzedawane jest ono bez etykiety do lokalnych restauracji, gdzie sprzedawane jest za €1.

Wybieramy się razem z Niemką, która okazuję się mieć na imię Suzan, do miejscowego baru, żeby coś zjeść. Zjadamy zimną zupę i raczej marnie ugotowany makaron z koncentratem pomidorowym. Kuchnia w tym lokalu jest bardzo przeciętna. Rozmawiamy o wszystkim. W pewnym momencie Suzan pokazuje mi krzyżyk, który dostała od mnicha w klasztorze po drodze. Mówi, że odkąd go ma, przynosi jej szczęście i nie spadł na nią jeszcze deszcz. Wszystkie sygnały ostrzegawcze w mojej głowie zapalają się na raz. Czuję, że trzeba ratować tą zagubioną duszę. 

Pytam czy ma ze sobą Biblię i zaczynam metodycznie, od podstaw, wyjaśniać czym jest ewangelia upamiętania, którą głosił Jezus Chrystus. Dalsza część wieczoru w barze upływa nam na pogłębianiu tego tematu. Zaskoczony jestem, że luteranka może zupełnie nie mieć pojęcia o wydawałoby się podstawach wiary. Tłumaczę jej czym jest grzech, w jaki sposób jesteśmy zbawieni. Nie brakuje oczywiście wina. Suzan chętnie słucha i zadaje dużo pytań. Jest zdziwiona, że spotyka drugą osobę, która jej mówi, że to Jezus jest w centrum wszystkiego. Widzę, że jest jej to wszystko ciężko przetrawić. Biegniemy do schroniska, żeby zdążyć przed godziną 22 o której jest ono zamykane.


No comments:

Post a Comment