Chantada - Centulle - Casasoa - Boan - Lucenza - Penasillas - Ermita de Nuestra Senora de O Faro - Casa de Camba - Rio - Rodeiro
Na śniadanie hotel serwuje przysmaki regionu Ribeira Sacra. Oprócz pysznych serów i kiełbas, ciekawym odkryciem jest marmolada z kasztanów. Wyruszam w drogę w pozytywnym nastroju. W Penasillas zatrzymuję się aby odpocząć. Zjadam pomarańczę, którymi delektuję się odkąd jestem w Hiszpani. Owoce, które miały szanse dojrzeć w pełnym słońcu, zdają się mieć zupełnie inny, pełniejszy smak. Podchodzi do mnie miejscowy i nie daje sobie wytłumaczyć, że niewiele rozumiem z jego długiego monologu. Między wierszami domyślam się, że opowiada mi, że bardzo mało osób widać na Camino de Invierno i że klasyczne Camino France cieszy się większą popularnością. W pełni się z nim zgadzam, gdyż do tej pory na swojej drodze nie spotkałem innych pelegrinos, ale nie umiem mu tej myśli przekazać.
Po odpoczynku rozpoczynam długie, monotonne i mozolne podejście do Monte Faro. Wszystko spowija gęsta mgła i smaga dosyć uciążliwy wiatr. Sił dodaje mi świadomość, że po osiągnięciu wierzchołka, do samego końca drogi do Rodeiro trasa wiedzie “z górki”. Omijam szczyt, gdyż w takich warunkach i tak niewiele zobaczę. Zastanawiam się czy przy sprzyjającej pogodzie widać z tej góry mającej 1200 metrów widać cel mojej podróży, Santiago de Compostela.
Mijam rozległą farmę olbrzymich wiatraków. Nie wiem czy to ich hałas, czy ogrom, wywołuje u mnie niepokój, kiedy przechodzę pod spodem. Nie do końca mam zaufanie do skrzydeł, które cyklicznie przesuwają mi się nad głową.
Zakwaterowanie znajduję w małym, rodzinnym hoteliku, do którego trasę narysowała mi kobieta w przydrożnym barze. Docieram na miejsce akurat kiedy rozpoczyna się okropna ulewa, na którą zapowiadało się cały dzień. Zadziwiające ile już przeszedłem i jak każdy kilometr w tej chwili przybliża mnie do celu.


No comments:
Post a Comment