Thursday, April 5, 2018

Dzień 1

Ponferrada - Toral de Merayo - Villalibre - Priaranza del Bierzo - Santalla del Bierzo - Villavieja - Borrenes - Las Medulas




Z Santiago udaję się pociągiem do Ponferrada, gdzie ma się zacząć moje Camino. W Monforte de Lemos zmuszony jestem do nieoczekiwanej i nieplanowanej przesiadki. Okazuje się, że nie znajduję na stacji nikogo, kto komunikowałby się po angielsku. Pan w kasie biletowej mówi mi, że mój pociąg odjedzie z “vía quinto” pokazując wszystkie palce ręki. Z tego domyślam się, że chodzi o peron piąty. Jakież miłe zaskoczenie, kiedy okazuje się, że udało mi się wsiąść do właściwego pociągu. No i poszerzam mój zasób słownictwa języka hiszpańskiego (znałem już “Hola” i “Gracias”). Teraz znam dwa nowe słowa!

Ponferrada jest bardzo malowniczą miejscowością z pięknym zamkiem. Czeka mnie pierwsza misja - zdobycie paszportu pielgrzyma, czyli tzw. credential de peregrino. Odwiedzam dwa kościoły - w pierwszym trafiam na jazgotliwy śpiew jakiejś solistki, w drugim wchodzę w sam środek pogrzebu. Paszportu nie ma ani śladu, a miejscowi przed oboma kościołami zatwierdzają mnie, że to właśnie jest catedral. No cóż, chyba mimo wszystko mój hiszpański potrzebuje jeszcze szlifów i wcześniejsza euforia była przedwczesna.

W poszukiwaniach trafiam do informacji turystycznej, gdzie udaje mi się dowiedzieć, że credentials mogę uzyskać w lokalnym albergue, czyli schronisku dla pielgrzymów. Tym razem ćwiczę mój język francuski, bo pani z nieznanego mi powodu uznaje, że jest to najlepszy język komunikacji z obcojęzycznym turystą-pielgrzymem.

Niestety schronisko odnajduję zamknięte na cztery spusty i dosyć późno, bo o pierwszej wyruszam w drogę. W małym sklepie zaopatruję się w wodę, nozdrza przyjemnie drażni zapach świeżego pieczywa. Jak się później okaże, będę żałował, że nie kupiłem tych fantastycznych bułek lub chleba.

Duża część początkowego odcinka biegnie drogą. Dopiero później doświadczam Galicyjskiej dziczy. Małe wioski, które mijam sprawiają wrażenie opuszczonych. Jedyna forma życia to ujadające psy. Rzucają się w oczy zgliszcza rozpadających się budynków. 

Po drodze intrygują mnie wystawione przed domami butelki z wodą. Kiedy nadarzy się ku temu okazja, będę musiał dowiedzieć się o cel tego dziwnego rytuału.

Kiedy udaje się spotkać lokalnych mieszkańców, witają mnie radosnym “Bo Camino”. Są bardzo przyjaźni i wydają się traktować mnie pielgrzyma niemal jak jakiegoś celebrytę.

Do Las Medulas docieram wykończony. Prawie 30km bez możliwości zatrzymania się na posiłek wyssało ze mnie siły witalne. Nawet tu mijane restauracje i noclegownie są pozamykane. W końcu trafiam na otwarty bar, gdzie udaje mi się zjeść suchą bułkę z chorizo.

Wieść o pielgrzymie w jakiś sposób roztacza się po wiosce niczym błyskawica. Za zakrętem czeka na mnie ktoś pytając czy szukam noclego i czy jestem peregrino. Jestem wdzięczny za ofertę i trafiam jak się domyślam po wystroju do jakiegoś domu jezuitów. Mam łóżko. Brak ciepłej wody, więc prysznica nie będzie. Na szczęście dostaję pomarańczę. Dobrzy ludzie mówią mi też z własnej inicjatywy, że zostawią jakieś jedzenie dla mnie na śniadanie. Jezuita wykorzystuje do komunikacji ze mną Google translate na smartfonie i jakoś nam w ten sposób wychodzi rozmowa.

Jutro w planie 35 km.




Dzień 2

Las Medulas - Puente de Domingo Florez - Quereno - Pumares - Nogueiras - Sobradelo - Entoma - O Barco - Arcos - Villamartin



Na śniadanie dostaję suchary i zimną, wczorajszą kawę. Nogi obolałe, ale wyruszam pogodnie trochę rozbawiony tym skromnym posiłkiem. Początek drogi wiedzie wśród drzew i dzikiej przyrody. Bycie prawdziwie oddalonym od wszelkiej cywilizacji sprawia, że czuję się wolny i szczęśliwy. 

W Puente de Domingo planuję zaopatrzyć się w wodę, jednak wszystko zastaję zamknięte. Jednocześnie miasteczko sprawia ponure wrażenie i cieszę się, że wczoraj nocowałem w niemalże opuszczonym Las Medulas. Pogoda nie sprzyja, pada lekki deszcz i wieje. Jest zimno.

W O Barco podobno dostanę paszport, taką informację uzyskał i przekazał mi wczoraj jezuita. Docieram do jakiegoś baru z symbolem muszli Jakuba. Życzliwość miejscowych nie przestaje mnie zaskakiwać. Kiedy tłumaczę, że szukam credentials, wszyscy naraz chcą mi pomóc. Uruchamiają smartfony, dzwonią. Francuz mieszkający na stałe w O Barco oferuje, że zawiezie mnie do lokalnej diecezji. Tam kierują nas do Caritasu. Fiasko. Wracamy do baru. Dziękuję serdecznie Francuzowi i oferuję mu lampkę wina na mój koszt. Stanowczo odmawia. 

Barmanka bardzo zdesperowana by mi pomóc. Dowiaduję się, że w A Rua w ratuszu podobno będę mógł nabyć paszport. Barmanka oferuję, że mnie tam zawiezie, ale dziękuję jej bo i tak moja trasa prowadzi przez A Rua. Jestem wdzięczny za wszelką pomoc. Okazuje się, że Francuz, który zdążył już uciec, zapłacił wcześniej za moją wodę. Zamawiam kawę za €1 bo dziwnie się czuję nie zostawiając nic tym dobrym ludziom. Zupełnie jakby pelegrinos mieli jakiś specjalny status, którego nie potrafię zrozumieć.


O Barco jest dosyć żywym i ładnym miasteczkiem. W lokalnym sklepie zaopatruję się w wodę (w końcu!) oraz ser, bułkę i najlepsze chorizo jakie kiedykolwiek jadłem. Organizuję sobie piknik nad rzeką, przede mną ostatnie 7 km drogi. Później okaże się jednak trochę więcej. Odcinek do Villamartin jest jednym z gorszych do tej pory, prowadzi wzdłuż ruchliwej i zakurzonej drogi. W końcu udaje mi się znaleźć jakiś hostel. Dystans dłuższy niż planowałem, bo aż 40 km. Jakże cudownym uczuciem jest możliwość wzięcia gorącego prysznica po dwóch dniach marszu!




Dzień 3

Villamartin - A Rua - Albaredos - Montefurado - Hermidon - Bendillo - Soldon - Novaes - Quiroga




Wczorajszy ciepły posiłek w postaci gorącej lokalnej zupy i antrykota ze świeżej i smacznej wołowiny pozwoliły zregenerować siły. Posilam się croissantem i kawą i ruszam do ciągnącego się w nieskończoność A Rua w poszukiwaniu ratusza i paszportu.

Mój przewodnik ściągnięty wcześniej z Internetu zaleca by w A Rua zaopatrzyć się we wszystko co potrzeba, bo kolejne 28 km nie oferuje żadnych usług. Szczerze mówiąc nie potrafię sobie tego wyobrazić i chyba nic mnie nie zaskoczy.

W ratuszu trafiam na pierwszą osobę mówiącą po angielsku. Niestety i tutaj próba nabycia credentials kończy się niepowodzeniem. Myślę sobie trudno, pieczątki zbieram na razie na kartce papieru i nie przejmuję się tym, że w Santiago mogą mi ich po prostu nie uznać. I tak idę dla siebie, a certyfikat byłby po prostu interesującą pamiątką.

A Rua pozostawia wrażenie mocno zurbanizowanego miasteczka, słynącego z lokalnych win. Dużo bardziej smakowały mi te z regionu O Barco.

Dalsza część drogi wiedzie głównie po bezdrożach. Ścieżka wije się wysokim zboczem szerokiej doliny rzeki Sil. W tym górskim krajobrazie dookoła roztaczają się plantacje winogron. Wyobrażam sobie jak tętniące życiem muszą być te miejsca w okresie zbiorów. Teraz sporadycznie widać przycinające latorośle ogrodników. Ten widok skłania do refleksji nad biblijnymi odniesieniami do winogron. “Ja jestem krzewem winnym, wy latoroślami.”

Wioski, które mijam są w większości opuszczone, a jedynymi mieszkańcami wydają się być wróble i dzikie koty. W Montefurado napotykam biegnącego na mnie z furią małego spanielka, który postanowił bronić swojej sędziwej właścicielki. Muszę się odganiać od jego zajadliwej nadgorliwości niemal do kolejnej wioski. 

Koniecznym staje się postój na zajęcie się obtartymi stopami. Dokucza też lewe kolano, szczególnie podczas schodzenia z wzniesień. Delektuję się dzikością i bezludziem dzisiejszego odcinka, w tak głębokim kontraście w porównaniu z wczorajszym dniem.

Późnym popołudniem wykończony docieram do malowniczego Quiroga. Tu melduję się w pierwszym albergue z prawdziwego zdarzenia. Miła niespodzianka i zaskoczenie gdyż tu nabywam w końcu tak długo poszukiwane credential de peregrino. Teraz jestem prawdziwym pielgrzymem!

W pokoju okazuje się, że przecieka mi kamelbag i większość rzeczy w plecaku nadaje się do suszenia. Do dyspozycji mam tylko niewielki grzejnik olejowy. W mieście udaje mi się zamówić “coś do jedzenia”, co okazuje się znośnym hamburgerem, którego popijam dużo bardziej niż znośnym lokalnym winem.



Dzień 4

Quiroga - San Clodio - Nocede - Carballo de Lor - Barxa de Lor - Castroncelos - Pobra de Brollon - Cereixa - Reigada - Monforte de Lemos

Wyruszam z Quiroga w gęstej mgle. Przy głównej alei rosną drzewa pomarańczowe pełne owoców. Początek drogi to znowu asfalt. Na szczęście szlak schodzi po około godzinie marszu w leśny dukt. Wkrótce mgła się rozrzedza i przez resztę dnia wędruję przy przepięknej słonecznej pogodzie. Dzisiejszy odcinek jest też zdecydowanie najbardziej dziki. Urocze pejzaże porywają ducha. Dookoła roztaczają się Galicyjskie wzgórza, szlak jest całkowicie odosobniony i z dala od wszelkiej cywilizacji i szos.

Idzie ze mną kij, który zastępuje odebrane na lotnisku podczas odprawy kijki trekingowe. Zdecydowanie ułatwia pracę stawu kolanowego i czyni ją mniej bolesną. Nazwałem go Wilson - zrozumie ten kto oglądał “Poza światem” z Tomem Hanksem. Ból osiągnął nowe stadium. Stał się jakby częścią mnie, zlał się ze mną i stał się swoistym stanem świadomości. Już nie pełni funkcji ostrzegawczej, po prostu jest jak niechciany towarzysz, który ciągnie się bez przerwy za mną i Wilsonem. Taką oto tworzymy trójkę wędrowców.

W Castroncelos mam najbardziej mrożące krew w żyłach starcie z psami. Już z daleka zwracam uwagę na dwa osobliwe psiska grzejące się przed jakimś domem. Zastanawiam się czy są na łańcuchach. Kiedy podchodzę bliżej, dostrzegam na budynku znak se vende, co oznacza na sprzedaż. Nie mam wątpliwości, że psy nie są uwiązane. Okazuje się, że jest ich też więcej i cała watacha to aż cztery naprawdę rosłe owczarki niemieckie. Czuję, że będą mnie testować i nie mylę się. Otaczają mnie dookoła, a lider zaczyna szczerzyć na mnie zęby i zaczyna zaciekle ujadać. W środku jestem przerażony, ale wiem, że nie mogę dać tego po sobie poznać. Podnoszę Wilsona do góry, staram się zachować zintegrowaną postawę. Ostrym i stanowczym głosem mówię “do budy” i parę innych zupełnie przypadkowych słów, które przychodzą mi do głowy. Staram się by brzmiały groźnie. Metoda skutkuje, lider stada wycofuje się zdezorientowany, a wraz z nim pozostałe psy. Spokoju nie odzyskuję jednak do czasu aż sforę pozostawię za sobą za horyzontem. 


Ostatnie kilometry drogi dłużą się niemiłosiernie w ostrym, popołudniowym i bezlitosnym hiszpańskim słońcu. Coś mieszam z nawigacją i nadrabiam kilka mil ekstra. W końcu docieram do Monforte. Zaskakujące, że zaledwie kilka dni temu zmieniałem tutaj pociąg. Teraz mój hiszpański stoi na zdecydowanie lepszym poziomie. Bez większych problemów potrafię zamówić sobie wodę, a nawet kawę z mlekiem.

Znalezienie noclegu w tym sporym mieście jest jednak wyzwaniem. Przechodzimy z Wilsonem i Bólem niemal całe miasto. W końcu z pomocą miejscowych trafiamy na jakiś hostel połączony z barem. Recepcjonistka-barmanka z naszej trójki zdecydowanie faworyzuje Ból. Przeciąga obsługę jak tylko się da, rozlewając w międzyczasie alkohole, używając smartfona i wdając się w rozmowy z innymi klientami. Cokolwiek wydaje się mieć priorytet ponad strudzonego i śmierdzącego pielgrzyma, który przyszedł do jej baru. W końcu oznajmia, że nie ma wolnych pokoi - szkoda, że zajęło jej dojście do tego konsensusu aż tyle czasu. Tym samym rozbija na kawałki moją rozbudzoną nadzieję, że to już koniec tułaczki na dzisiaj.

Na szczęście w miarę szybko udaje mi się przy pomocy taksówkarzy znaleźć całkiem blisko inny hotelik, gdzie znajduję nocleg. Tym razem recepcjonistka nie znęca się nade mną, a wręcz jest bardzo miła. Kiedy zaprowadza mnie do pokoju, rzuca na łóżko garść czekoladek i ciasteczek - takich, co zazwyczaj daje się do kawy. Jakże prosty i piękny gest!

Dzisiaj znowu przekroczyłem dystans 40 km. Wykańczają mnie te codzienne maratony.



Dzień 5

Monforte de Lemos - A Vide - Moreda - A Broza - Reguengo - Pineiro - Camino Grande - A Barxa - Rendal - Fontela - Cirdeiro - Iglesia de Diomondi - Belesar - Lincora - Chantada

Rankiem odbieram Wilsona z pomnika-rzeźby, gdzie spędził noc. Cieszę się, że nikt go nie zabrał, bo dobrze mi służy ten sosnowy kawałek drewna. Schemat podobny jest do dnia wczorajszego: rano asfalt, południe bezdroża; rano mgła, południe ładne niebo i brak wiatru. Późnym popołudniem skwar z nieba. 

Mijam liczne, w większości opuszczone, lecz bardzo urokliwe wioski. W połowie drogi kończy mi się bateria w zegarku. Na drodze rzadko można spotkać jakiegoś żywego ducha.

Odcinek za Pineiro śmiało może konkurować z etapem “Tough Mudder”. Idę w grząskim błocie wzdłuż strumyka. Już po kilku minutach wszystko mam mokre. Brnę tak w tym terenie przez ponad godzinę. W końcu bagno się kończy i rozpoczyna zwykła, w miarę sucha droga. W Camino Grande robię postój, próbuję trochę wysuszyć na słońcu przemoczone buty i wełniane skarpety. W międzyczasie posilam się starą bułką i resztką sera.

W Cirdeiro mam spotkanie z kolejnym spanielem. Biegnie w moją stronę brzęcząc łańcuchem przyczepionym do szyi. Z drugiej strony łańcuch ciągnie się za nim i jasne jest, że pies się zerwał. Jestem przygotowany żeby odeprzeć atak, nauczony wcześniejszymi doświadczeniami. Piesek zaskakuje mnie jednak chęcią zabawy. W szczególności do gustu przypadł mu Wilson.

Gubię gdzieś leśną drogę do Belesar i odnajduję się na jakiejś dzikiej, zdaje się opuszczonej winnicy na stoku. Droga nagle się urywa. Krosuję piargową skarpę i po kilku minutach niepewności jestem znowu na szlaku. Kończy się woda, muszę ją oszczędzać i racjonuję łyki. W malowniczo położonym Belesar nie znajduję punktu, gdzie mógłbym uzupełnić jej zapasy.

Przede mną strome podejście do Lincora. Słońce praży, opuchnięte nogi niechętnie stawiają kolejne kroki, wzmaga się pragnienie i zmęczenie. Dwóch miejscowych czyści szlaufem swoje narzędzia rolnicze. Proszę by mi napłnili butelkę, “Agua, por favor”. Dookoła rozległe pola winorośli na słonecznych stokach. 

Wykończony docieram do Chantada, gdzie udaje mi się bez problemu znaleźć nocleg w hotelu. Udaję się do restauracji, gdzie zamawiam posiłek. Delektuję się lokalnym winem bez etykiety. Uwielbiam te tutejsze wina, które urzekają nie kompleksową strukturą, lecz przede wszystkim brakiem pretensjonalności i prostotą z jaką opowiadają historię regionu. 


Hiszpanka, która mnie obsługuje, okazuje się być szefową kuchni i kiedy mam już prawie wychodzić woła mnie, że muszę spróbować jej likierów. Sama je wytwarza. Jeden jest mocno ciemny i kawowy, drugi dużo lżejszy cytrynowo-ziołowy z wyraźnym smakiem anyżu. Oprócz hiszpańskiej bezpośredniości i życzliwości, zaskakuje mnie także niska cena tej królewskiej uczty, której tu doświadczyłem.

Dzień 6

Chantada - Centulle - Casasoa - Boan - Lucenza - Penasillas - Ermita de Nuestra Senora de O Faro - Casa de Camba - Rio - Rodeiro 

Na śniadanie hotel serwuje przysmaki regionu Ribeira Sacra. Oprócz pysznych serów i kiełbas, ciekawym odkryciem jest marmolada z kasztanów. Wyruszam w drogę w pozytywnym nastroju. W Penasillas zatrzymuję się aby odpocząć. Zjadam pomarańczę, którymi delektuję się odkąd jestem w Hiszpani. Owoce, które miały szanse dojrzeć w pełnym słońcu, zdają się mieć zupełnie inny, pełniejszy smak. Podchodzi do mnie miejscowy i nie daje sobie wytłumaczyć, że niewiele rozumiem z jego długiego monologu. Między wierszami domyślam się, że opowiada mi, że bardzo mało osób widać na Camino de Invierno i że klasyczne Camino France cieszy się większą popularnością. W pełni się z nim zgadzam, gdyż do tej pory na swojej drodze nie spotkałem innych pelegrinos, ale nie umiem mu tej myśli przekazać.

Po odpoczynku rozpoczynam długie, monotonne i mozolne podejście do Monte Faro. Wszystko spowija gęsta mgła i smaga dosyć uciążliwy wiatr. Sił dodaje mi świadomość, że po osiągnięciu wierzchołka, do samego końca drogi do Rodeiro trasa wiedzie “z górki”. Omijam szczyt, gdyż w takich warunkach i tak niewiele zobaczę. Zastanawiam się czy przy sprzyjającej pogodzie widać z tej góry mającej 1200 metrów widać cel mojej podróży, Santiago de Compostela. 

Mijam rozległą farmę olbrzymich wiatraków. Nie wiem czy to ich hałas, czy ogrom, wywołuje u mnie niepokój, kiedy przechodzę pod spodem. Nie do końca mam zaufanie do skrzydeł, które cyklicznie przesuwają mi się nad głową.

Zakwaterowanie znajduję w małym, rodzinnym hoteliku, do którego trasę narysowała mi kobieta w przydrożnym barze. Docieram na miejsce akurat kiedy rozpoczyna się okropna ulewa, na którą zapowiadało się cały dzień. Zadziwiające ile już przeszedłem i jak każdy kilometr w tej chwili przybliża mnie do celu.




Dzień 7

Rodeiro - Penerbosa - Eirexe - Ponte Pedroso - Palmaz - Lalin - A Laxe




Zanim wyruszę, miła pani w hotelu nalega bym koniecznie wypił jeszcze jedną kawę. Nie odmawiam i napompowany kofeiną pełen wigoru w dobry tempie rozpoczynam marsz. Po kilku kilometrach asfaltową drogą schodzę na bezdroża. Ścieżka wiedzie pomiędzy szerokimi polami i lasami. Ten idylliczny pejzaż rozmywa się, kiedy zaczyna zacinać siarczysty deszcz.

Do pokonania jest rzeka, która wylała się poza swoje koryto. Ominięcie przeszkody wymaga strategicznego zaplanowania każdego kroku, gdyż rozlewisko jest naprawdę rozległe. Tempo pozostaje dobre, jednak nieustający deszcz powoduje, że jestem na wskroś przemoczony. Wyjątkowo paskudna pogoda. 

Po południu przejaśnia się na chwilę, ale wiatr nie odpuszcza. Docieram do dużej miejscowości Lalin. Przejście przez jej centrum, a następnie spory obszar przemysłowy, zajmuje mi przynajmniej 2 godziny.

W końcu docieram do A Laxe, gdzie w barze zjadam bułkę z chorizo i uzupełniam wodę. Docieram do albergue, które jest dużo bardziej surowe i mniej cywilizowane niż to w którym nocowałem w Chantada. Spotykam poznaną wcześniej parę Hiszpanów z Barcelony. Jest też jakaś Niemka, która idzie szlakiem Via de la Plata. W budynku wszystko przecieka i poustawiane są w rozmaitych miejscach kubły, butelki i tym podobne akcesoria by zbierać kapiące krople. Porozstawiane są też stalowe podpory, które sugerują, że nie wszystko jest w porządku ze strukturą budynku.

Hiszpan zdradza mi sekret wina. Na trasie Camino de Madrid w rejonie Prente Dvero produkowane jest podobno najlepsze hiszpańskie wino marki Vega Sialia. Na świecie osiąga ono zawrotne ceny €100 za butelkę. Jednak z tych samych winiarni sprzedawane jest ono bez etykiety do lokalnych restauracji, gdzie sprzedawane jest za €1.

Wybieramy się razem z Niemką, która okazuję się mieć na imię Suzan, do miejscowego baru, żeby coś zjeść. Zjadamy zimną zupę i raczej marnie ugotowany makaron z koncentratem pomidorowym. Kuchnia w tym lokalu jest bardzo przeciętna. Rozmawiamy o wszystkim. W pewnym momencie Suzan pokazuje mi krzyżyk, który dostała od mnicha w klasztorze po drodze. Mówi, że odkąd go ma, przynosi jej szczęście i nie spadł na nią jeszcze deszcz. Wszystkie sygnały ostrzegawcze w mojej głowie zapalają się na raz. Czuję, że trzeba ratować tą zagubioną duszę. 

Pytam czy ma ze sobą Biblię i zaczynam metodycznie, od podstaw, wyjaśniać czym jest ewangelia upamiętania, którą głosił Jezus Chrystus. Dalsza część wieczoru w barze upływa nam na pogłębianiu tego tematu. Zaskoczony jestem, że luteranka może zupełnie nie mieć pojęcia o wydawałoby się podstawach wiary. Tłumaczę jej czym jest grzech, w jaki sposób jesteśmy zbawieni. Nie brakuje oczywiście wina. Suzan chętnie słucha i zadaje dużo pytań. Jest zdziwiona, że spotyka drugą osobę, która jej mówi, że to Jezus jest w centrum wszystkiego. Widzę, że jest jej to wszystko ciężko przetrawić. Biegniemy do schroniska, żeby zdążyć przed godziną 22 o której jest ono zamykane.


Dzień 8

A Laxe - Prado - Taboada - Transfontao - Silleda - San Fiz - Bandeira - Dornelas - San Miguel de Castro - Ponte Ulla - Outeiro

Rano podarowuję Suzan jedną z ewangelii św. Jana, które mam ze sobą na takie sytuacje. Widzę, że jeszcze to wszystko gdzieś nie do końca do niej dotarło. Liczę, że po drodze będzie chciała się o coś zapytać. Nie chcę bombardować jej kolejną ewangelizacją. Każde z nas idzie swoim tempem. Wypijamy kawę w Bandeira i nasze ścieżki się rozchodzą. 

Szlak jest przyjemny. Trafiają się przelotne deszcze, ale ogólnie pogoda jest dzisiaj super. Ostatnim krokom do Ponte Ulla towarzyszy ból wszystkich odcisków, otarć, opuchniętych stóp, mięśni. Jedyne schronisko wydaję się być zamknięte. Chwila odpoczynku, uzupełniam wodę na przydrożnej stacji paliw i decyduję się iść dalej. Podoba mi się myśl, że jeśli dojdę do kolejnej miejscowości, jutro będę miał jedynie 16 km do przejścia. Pokonanie tego odcinka w około 3 godziny pozwoli mi spędzić popołudnie zwiedzając Santiago i regenerując siły. 

Ścieżka wiedzie przepięknym mieszanym lasem, znane już hiszpańskie, popołudniowe słońce pali twarz i ręce, a ptaki śpiewem osładzają moje dolegliwości marszu. W końcu docieram do  schroniska Albergeu de Peregrinos. Położone jest na odludziu, niemal w środku lasu. Widoki są zniewalające i rekompensują trud godzinnej wspinaczki z Ponte Ulla. 

Dobry człowiek na recepcji oferuje pomoc w organizacji kolacji i zamawia mi tortille na dowóz. Jestem tak głodny, że ten placek w bułce z chorizo wydaję się najlepszą rzeczą, jaką jadłem w życiu. Tak więc jutro ma się zakończyć moja przygoda. Cieszę się z tego, stęskniłem się za bliskimi i jestem zmęczony tygodniem intensywnego trekkingu i mozolnymi dystansami.

Poznaję Juana z Madrytu, który przeszedł wiele różnych Camino i ciągle do nich wraca. Na swoim koncie ma 35 dniowe Camino de Frances. W tym roku zabrał ze sobą swojego 14-letniego kuzyna Davida. Okazuje się, że mamy z Juanem wiele wspólnego. Juan mieszkał w 2000 roku w Limerick i pracował w Dellu.



Dzień 9

Outeiro - Rubial - Deseiro de Arriba - A Susana - Vixoi - Pineiro - Angrois - Santiago de Compostela

Wyruszam dosyć późno, jednak do przejścia tylko krótki dystans. Cieszę się każdym krokiem tych ostatnich kilometrów. Trasa wiedzie leśnym duktem spowitym poranną mgłą. Wymijam Juana i Dawida, którzy rozpoczęli wędrówkę przede mną. Wypytuję ich o plany w Santiago. Dochodzę do baru przy ruchliwej ulicy i zatrzymuję się na kawę. Zbieram też pieczątkę do credentiales. Kobieta za barem bardzo upiera się, żebym zatrzymał się w jej albergue. Dziękuję jej bardzo i zastanawiam się skąd biorą się pomysły schroniska przy autostradzie, zaledwie kilka kroków od Santiago. No cóż, widocznie jest na to popyt.

David, Juan i ja przed katedrą
Przed samym Santiago ponownie doganiam moich porannych towarzyszy. Dawid jest niezadowolony i niechętny do rozmowy w języku angielskim. W końcu rozwiązuję tajemnicę butelek z wodą. Okazuje się, że na południu Hiszpanii używa się ich, żeby odganiać… pchły. Ciekawe czy to faktycznie działa, czy też jest to podobny zabobon jak krzyż chroniący Suzan od deszczu. 

Do katedry docieramy razem. Robimy zdjęcia i żegnamy się. Udaję się odebrać certyfikat. Na formularzu nie potrafię zrozumieć różnicy pomiędzy celem religijnym a duchowym. Pytam człowieka za biurkiem o wyjaśnienie różnicy. Mówię mu, że przecież albo chodzimy duchu albo w ciele. Myślę, że nie rozumie mojego odniesienia do 8-go rozdziału listu do Rzymian. W końcu zaznaczam “Duchowe”. 

Następnie idę się zakwaterować w hotelu. Po zostawieniu plecaka zwiedzam katedrę. Oglądam rzekomy grób świętego Jakuba. Dookoła katedry cała masa sklepów z dewocjonaliami. Wydaje się, że można tam kupić wszystkie przedmioty liturgiczne. 

Na obiad zamawiam polecany wcześniej przez Juana lokalny przysmak caldo gallego, czyli warzywny wywar. Zupa ma jakiś charakterystyczny, nieznany mi wcześniej smak podobny do szczawiu. Na drugie danie zjadam pulpo, które okazuje się być potrawą z ośmiornicy i ziemniaka. Jest smacznie, ale kombinacja smaków nie powala mnie na kolana. 

Zwiedzam śródmieście Santiago de Camino i kupuję trochę upominków. Czas zakończyć przygodę ze szlakiem świętego Jakuba.




Podsumowanie


Siedzę w pociągu z Londynu w drodze do domu. Jakie mam refleksje odnośnie Camino de Invierno? Na pewno nie jest to camino dla wszystkich. 

Infrastruktura turystyczno-pielgrzymowa jest mocno ograniczona. Opcje noclegowe dyktują w jaki sposób można podzielić trasę na odcinki. Dość mało jest dostępnych tanich schronisk albergue. Praktycznie jedynym językiem komunikacji jest hiszpański i migowy. Odcinki, które ja miałem zaplanowane były dosyć wymagające fizycznie. W praktyce niemal każdy dzień odpowiadał dystansem maratonowi. Warto też wspomnieć, że duża część Camino de Invierno prowadzi po asfalcie lub wzdłuż ruchliwych szos. 

Są też jednak pozytywy. Odcinki po bezdrożach i lasach rekompensują w pełni dyskomfort asfaltowych ulic. Możliwość przejścia pieszo wszystkich czterech prowincji Galicji, konieczność komunikacji z miejscowymi ludźmi, możliwość degustacji wybornych lokalnych win i potraw, dają niepowtarzalne doświadczenie i poznanie kultury tego regionu Hiszpanii. 

Na całej trasie praktycznie nie spotkałem innych pielgrzymów lub turystów. Camino de Invierno wspominać będę bardzo miło i jest warte bólu nóg i innych niedogodności.


Droga jest celem.