Thursday, April 5, 2018

Dzień 3

Villamartin - A Rua - Albaredos - Montefurado - Hermidon - Bendillo - Soldon - Novaes - Quiroga




Wczorajszy ciepły posiłek w postaci gorącej lokalnej zupy i antrykota ze świeżej i smacznej wołowiny pozwoliły zregenerować siły. Posilam się croissantem i kawą i ruszam do ciągnącego się w nieskończoność A Rua w poszukiwaniu ratusza i paszportu.

Mój przewodnik ściągnięty wcześniej z Internetu zaleca by w A Rua zaopatrzyć się we wszystko co potrzeba, bo kolejne 28 km nie oferuje żadnych usług. Szczerze mówiąc nie potrafię sobie tego wyobrazić i chyba nic mnie nie zaskoczy.

W ratuszu trafiam na pierwszą osobę mówiącą po angielsku. Niestety i tutaj próba nabycia credentials kończy się niepowodzeniem. Myślę sobie trudno, pieczątki zbieram na razie na kartce papieru i nie przejmuję się tym, że w Santiago mogą mi ich po prostu nie uznać. I tak idę dla siebie, a certyfikat byłby po prostu interesującą pamiątką.

A Rua pozostawia wrażenie mocno zurbanizowanego miasteczka, słynącego z lokalnych win. Dużo bardziej smakowały mi te z regionu O Barco.

Dalsza część drogi wiedzie głównie po bezdrożach. Ścieżka wije się wysokim zboczem szerokiej doliny rzeki Sil. W tym górskim krajobrazie dookoła roztaczają się plantacje winogron. Wyobrażam sobie jak tętniące życiem muszą być te miejsca w okresie zbiorów. Teraz sporadycznie widać przycinające latorośle ogrodników. Ten widok skłania do refleksji nad biblijnymi odniesieniami do winogron. “Ja jestem krzewem winnym, wy latoroślami.”

Wioski, które mijam są w większości opuszczone, a jedynymi mieszkańcami wydają się być wróble i dzikie koty. W Montefurado napotykam biegnącego na mnie z furią małego spanielka, który postanowił bronić swojej sędziwej właścicielki. Muszę się odganiać od jego zajadliwej nadgorliwości niemal do kolejnej wioski. 

Koniecznym staje się postój na zajęcie się obtartymi stopami. Dokucza też lewe kolano, szczególnie podczas schodzenia z wzniesień. Delektuję się dzikością i bezludziem dzisiejszego odcinka, w tak głębokim kontraście w porównaniu z wczorajszym dniem.

Późnym popołudniem wykończony docieram do malowniczego Quiroga. Tu melduję się w pierwszym albergue z prawdziwego zdarzenia. Miła niespodzianka i zaskoczenie gdyż tu nabywam w końcu tak długo poszukiwane credential de peregrino. Teraz jestem prawdziwym pielgrzymem!

W pokoju okazuje się, że przecieka mi kamelbag i większość rzeczy w plecaku nadaje się do suszenia. Do dyspozycji mam tylko niewielki grzejnik olejowy. W mieście udaje mi się zamówić “coś do jedzenia”, co okazuje się znośnym hamburgerem, którego popijam dużo bardziej niż znośnym lokalnym winem.



No comments:

Post a Comment